środa, 4 lutego 2015

Do końca swoich dni...

Szatan na mym ramieniu przesiaduje,
ogniem bucha, ostrzy widły,
coś niedobrego zwiastuje,
chce, abym wpadł w jego sidła.

Coraz więcej krwi mi ubywa,
ludzie patrzą na mnie krzywym okiem,
jestem jak do piekła lokomotywa,
chcę być bogiem!

Więcej czasu spędzam z ukochaną,
w wieczór, popołudniu, rano,
żałobną minę ma taką samą,
jestem jak przestrzelone kolano.

Bladość, a po nim upadek,
nagły ciśnienia spadek
spowodował omdlenie,
pierwsze węża kuszenie.

Obudziłem się w nocy,
błysnął blask noża,
szybko, niczym z procy
wbiła go w me ramiona,
będę na nią patrzył zza ziemi morza

Do końca swoich dni
byliśmy razem,
bezpośredni,
zabici życia głazem.




2 komentarze:

Jeśli przeczytałeś, oceń.